To dobre pytanie, bo właściwie powinno brzmieć: „Dlaczego zakochałem się w fotografii czarno-białej?” albo dlaczego to ona wybrała mnie.
Krótka odpowiedź brzmi: po prostu z potrzeby uproszczenia wszystkiego, skupienia się na detalach i tym, co fotografię buduje, a więc świetle i cieniu. Poczułem, że to wychodzi mi dużo lepiej – kolory zawsze mnie męczyły, było ich za dużo, nie zgrywały się ze sobą i to wszystko wyglądało jakoś tak za nowocześnie.
Według mnie najlepiej w czarno-białej fotografii wypada minimalizm, klasyka, elegancja, no i oczywiście wszelkie emocje, a także elementy spontaniczne (szczególnie w mieście czy na ulicy). To właśnie w tym kierunku zdecydowałem się pójść.
Jeśli chcesz zobaczyć, jak czarno-białe fotografie komponują się w salonie i jak w ogóle dobrać idealne zdjęcia na ścianę, aby pasowały do Twojego stylu, zajrzyj do mojego szczegółowego przewodnika.
Czemu i jak zacząłem fotografować?
Na pewno nie było tak, że interesowało mnie to od dziecka i zawsze chciałem to robić. Pamiętam, że przeglądałem Unsplash, taki serwis z bezpłatnymi zdjęciami. Moje oko przykuły mocno obrobione zdjęcia miejskie, a jeszcze bardziej zszokowało mnie to, że zrobił je Polak, i to z Warszawy. Były jednymi z bardziej popularnych, z dużą ilością pobrań.
Stwierdziłem, że też chcę się pobawić, pogadać, pochodzić po mieście, bo taki to miało wtedy charakter. W międzyczasie wkręciłem się w to towarzystwo – to zawsze przychodziło mi dość sprawnie, no i się zaczęło.
Codzienne wypady do Warszawy, również te nocne – był tylko jeden problem: czułem, że to nie jest autentyczne, że robię to samo co wszyscy i nie ma w tym żadnego celu czy wyzwań, próbuję ich naśladować, a do samego stylu zdjęć nie jest mi najbliżej.
Wychodzi więc, że wciągnęła mnie sama przygoda i cała otoczka: porozmawianie z ludźmi i spotkanie się, zakup pierwszego bezlusterkowca, potrzymanie drogiego sprzętu w ręce, a nie jakieś specjalne przywiązanie.
Tutaj narodziła się potrzeba odkrywania swojego stylu i szukania siebie. Całość diametralnie się zmieniła, bo dziś nie interesuje mnie już żaden najnowszy i najlepszy aparat czy obiektyw. Ma działać i być uniwersalny, a najlepiej być mały, niezauważalny, czyli kompakt.
Rady dla początkujących fotografów - coś co chciałbym usłyszeć
Nie mam złotych recept, ale zebrałem kilka myśli, które – patrząc wstecz – chciałbym usłyszeć na początku. Może komuś z Was ułatwią pierwsze kroki.
Pewnie gdyby ktoś mi je przekazał, nie zrozumiałbym albo nie posłuchał – taki już jestem, sam musiałem tego doświadczyć i dziś jestem już o tę wiedzę bogatszy, ale do rzeczy:
1. Po prostu zacznij
Nie inwestuj w najdroższy sprzęt, nie pożyczaj, nie czekaj na najlepszą okazję. Weź do ręki jakikolwiek aparat i zrób pierwsze zdjęcie. Nawet jeżeli masz fundusze i bardzo chcesz, wstrzymaj się – potestuj najpierw, co jest dla Ciebie i do czego jest Ci najbliżej – wypracuj swój styl.
2. Samemu czy z kimś?
To nie do końca rada, ale coś, co zauważyłem – dużo lepsze zdjęcia wyciągałem, chodząc sam, w skupieniu i mając czas na doszlifowanie oraz zastanowienie się, jak to ująć. Oczywiście, fajnie, jak nam ktoś podpowiada i nakierowuje, tylko czy przypadkiem nie będzie to już za dużo? Fajnie wyciągać wiedzę, ale odtwarzać 1:1, choć na początku jest to nieuniknione.
3. Czujność i jeszcze raz czujność
Można powiedzieć, że to przypadek, ale to się zdarzyło już za wiele razy – najlepsze zdjęcia to najczęściej ułamek sekundy, moment, który nigdy się nie powtórzy i dlatego jest taki cenny. Szczególnie w fotografii ulicznej: ktoś przechodzi, ktoś biegnie, jakaś ciekawa kompozycja – tutaj zawsze się dużo dzieje. Więc bądź przygotowany i miej aparat pod ręką.
4. Wyciągaj wnioski
Zgraj zdjęcia, oglądaj, zwracaj uwagę na kompozycję i małe detale. Wyciągaj wnioski, co można zrobić lepiej albo co poszło nie tak. Sam prowadzę dziennik z sesji, gdzie zapisuję coś, na co zwróciłem uwagę, tak aby przy kolejnej to pamiętać i nie wejść drugi raz w tę samą pułapkę.
Kiedy trafiłem na czarnobiałą fotografię i jak wyglądało pierwsze zdjęcie?
Jeśli mam być szczery, pierwszy raz zetknąłem się z nią już jako dzieciak. Zawsze fajnie oglądało się zdjęcia z ziarnem, takie niedoskonałe – była w nich po prostu magia, ponadczasowość. Ale wtedy na pewno nie przypuszczałbym, że mnie to wciągnie.
Nudziło mnie tylko to, że wciąż przewijają się te same osoby, wszyscy pozują podobnie i sztucznie, a na dodatek wszystko dość łatwo da się ponownie odtworzyć – oczywiście poza chwilą.
Pierwsze zdjęcie czarno-białe, które zrobiłem i z którego byłem (na tamten moment) zadowolony, powstało na Starym Mieście w Warszawie, konkretnie na ulicy Koziej. Dziś, gdy na nie patrzę, oczywiście widzę milion wad, niedoskonałości i nigdy bym go nie wstawił, dlatego też zniknęło, ale to jest właśnie ten perfekcjonizm, który niestety utrudnia i zamęcza, ale też na swój sposób popycha dalej, choć nie wiem, co bardziej.
Dalszy rozwój i dlaczego zostałem przy fotografii monochromatycznej?
Od powyższego zdjęcia na moim Instagramie nie pojawiło się już żadne nowe kolorowe, a dotychczasowe barwne szybko zniknęły.
Idąc o krok dalej, metodą prób i błędów, robiąc pierwsze dobre zdjęcia, zacząłem wyjeżdżać do Berlina – to stamtąd pociągiem przywiozłem kilka nowych fotografii, które uczyły mnie czarno-białej estetyki, podstaw kadrowania czy kompozycji w terenie. Wszystkiego nauczyłem się w praktyce, choć podstawy miałem już po kolorze – bez żadnych kursów, szkoleń czy warsztatów.
Jeśli coś było dla mnie niejasne, wyszukiwałem, pytałem innych – uważam, że tak pozyskana wiedza dużo bardziej zostaje w głowie, a z nią cały ciąg przyczynowo-skutkowy i nowe rozwiązania.
Nie mogę ukryć, że duży wpływ w kwestii minimalizmu i kształtowania swojego warsztatu miał Alan Schaller – właściwie to on był momentem przełomowym!
Od tamtego czasu zacząłem coraz bardziej zwracać uwagę na to, czy moje zdjęcie jest estetyczne, pojawiły się pierwsze wydruki i próby osadzenia fotografii na ścianie.
Los chciał, że w międzyczasie wkręciłem się coraz bardziej w spontaniczne i budżetowe podróże. Mój styl zwiedzania, a raczej jego brak, pozwala mi na poznawanie miejsc właściwie bez planu i bez ograniczeń czasowych, a za tym często idą dobre kadry – trzeba tylko wystarczająco odkrywać.
Jako ciekawostkę mogę dopisać, że z trzytygodniowego wyjazdu, na którym zdjęcia robiłem cały czas, finalnie publicznie pokazałem może jedno – dwa z nich?
Co robię obecnie i gdzie widzę siebie w przyszłości?
Wciąż bliska jest mi szeroko pojęta fotografia miejska i uliczna. Eksploruję nowe kraje, często zabierając swojego bezlusterkowca i przywożąc nowe kadry. Choć nie ukrywam, że równie mocno, jeśli nie bardziej, ciągnie mnie do artystycznej fotografii z ludźmi.
Na ulicy byłem zdany na to, co wytworzy mi moment, całkowicie niezależny od niczego, i to było w tym piękne. Ale kocham mieć też wpływ na to, co chcę fotografować, przelewać na papier swoje pomysły, punkt widzenia i osobowość.
Mam też wielką frajdę z tego, że mogę poznać nowych ludzi, wymienić się doświadczeniami i zrobić wspólnie coś pięknego!
Śmieję się, że ulica i ptaki sprzyjają mi bardziej niż ludzie – idealnie potwierdza to seria trzech ujęć z ptakami: dwa zaprezentowane na początku wpisu oraz poniższe z łabędziem.
Traktuję to po prostu jako kolejne wyzwanie – zawsze ciężej jest zgrać i uchwycić interesujący kadr z drugą osobą, bo jest więcej zmiennych. Choć porównując ilość zdjęć na mieście i wyjść z zaplanowanymi sesjami z modelkami/modelami, udaje mi się to zdecydowanie częściej.
Jeśli chciałabyś/chciałbyś stanąć przed moim obiektywem, zapraszam do mojego przewodnika „Czarno‑biała sesja zdjęciowa: cena, rodzaje, przygotowanie i FAQ” – wyjaśniam tam, jak wygląda współpraca krok po kroku, kiedy wybrać plener zamiast studia i jaki jest koszt takiej sesji.